
Wspomnienia z czasów okupacji
Wspomnienia z czasów okupacji
Jestem córką Antoniny i Jakuba Szmaglik. Urodziłam się w Raduniu. Rodzina mojej mamy wywodziła się z Pomorza, natomiast przodkowie ojca przywędrowali do północnej Polski ze Śląska. Kiedy wybuchła II wojna światowa miałam ukończone siedemnaście lat. Mieszkałam wówczas z matką i rodzeństwem w rodzinnej miejscowości. Ojciec już nie żył. Zmarł kilka miesięcy wcześniej na skutek powikłań chorobowych, które były skutkiem ciężkiej rany postrzałowej na froncie zachodnim podczas I wojny światowej.
Na wieść o wojnie wybuchła nieopisana panika. Wojska niemieckie były tuż, tuż, gdyż granica z Niemcami była oddalona od nas tylko o kilkanaście kilometrów. Ludzie załadowali w pośpiechu część swojego dobytku na konne wozy i rzucili się do ucieczki przed nacierającymi od zachodu wojskami nieprzyjaciela. Z moją rodziną było podobnie. Szybko przekonaliśmy się jednak, że taka reakcja na niemiecką inwazję nie miała najmniejszego sensu – samochody, czołgi, a szczególnie samoloty wroga, były znacznie szybsze od naszych konnych zaprzęgów. Po kilku dniach wróciliśmy z duszą na ramieniu wraz z innymi rodzinami do opuszczonych domostw.
Kiedy Niemcy wkroczyli na naszą pomorską ziemię, traktowali ją jak swoją, bo uważali, że ponownie zajmują tereny rdzennie niemieckie, które do czasu odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku wchodziły w skład zaboru pruskiego. Po przegranej kampanii wrześniowej polskie ziemie zachodnie i północne wcielono do Rzeszy. Moi rodzice mieszkali w Raduniu od urodzenia, dlatego Niemcy potraktowali naszą rodzinę jak autochtonów i zaproponowali matce, aby razem ze swoimi dziećmi przyjęła III grupę niemieckiej narodowości. Taki wybór dałby naszej rodzinie jakąś szansę na spokojne w miarę życie, ale matka, mimo iż zdawała sobie sprawę z tego, co może oznaczać odrzucenie tej propozycji – odmówiła. Moim zdaniem, taka postawa świadczyła o jej wielkiej odwadze. Podczas rozmowy z niemieckim urzędnikiem powiedziała, że czuje się w pełni Polką i kocha swoją ojczyznę. Tak to nam, swoim dzieciom, wówczas przedstawiła. Nie zdawałam sobie wtedy dokładnie sprawy z tego, w jaki sposób może ta decyzja wpłynąć na dalsze nasze życie. Niedługo potem większość Polaków z naszych stron zaczęto wysiedlać i wywozić na teren Generalnego Gubernatorstwa, a także do obozów przesiedleńczych i obozów pracy. Wielu z nich trafiło do Potulic. Dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, w jak okropnych warunkach przyszło im tam żyć, i że wielu z nich nie przeżyło czasu okupacji.
Jak wspomniałam powyżej, do wybuchu wojny mieszkaliśmy w Raduniu. Większość pomieszczeń budynku, w którym mieszkaliśmy, została zajęta przez Niemców. Matka żyła cały czas obawą, że lada dzień naszą rodzinę gdzieś wysiedlą. Czas mijał, jednakże pozwalano nam mieszkać w naszej wsi. Potem okazało się, że któryś z zakwaterowanych obok nas niemieckich nadzorców budowlanych dowiedział się, że mama bardzo dobrze przygotowywała posiłki. To skłoniło go, aby matkę zatrudnić jako kucharkę dla miejscowych niemieckich dygnitarzy. Ta okoliczność uchroniła nas przed wywózką.
Początkowo pracowałam z moimi braćmi i siostrami u miejscowych polskich rolników, którzy zdecydowali się na przyjęcie niemieckiej narodowości. Byliśmy oczywiście niewolnikami i dlatego musieliśmy nosić ubiory z literą P, oznaczającą człowieka należącego do narodu polskiego. Potem braci skierowano do pracy przy wyrębie drzew w okolicznych lasach, siostrę Martę zatrudniono – podobnie jak matkę – na etacie kucharki gdzieś niedaleko Koszalina, Marysia zaczęła pełnić zadania pokojówki u jednej z rodzin niemieckich w Dziemianach, a ja zostałam przydzielona do jednej z kobiecych brygad (kommando) budowlanych, które miały za zadanie budowę dróg i domów mieszkalnych dla niemieckiej kadry wojskowej na nowym osiedlu nieopodal Radunia. Nadzór nad budową sprawowali cywilni inżynierowie i majstrowie, ale opiekunami kommand byli żołnierze SS.
Raduń, Dziemiany i szereg innych okolicznych miejscowości, znalazło się na terenie nowoutworzonego rozległego poligonu, który obejmował ziemie południowej części powiatu kościerskiego i północnej części powiatu chojnickiego. Na terenie tego poligonu Niemcy zamierzali zbudować szereg obiektów i dlatego zakładali tam najpierw obozy pracy, do których ściągali więźniów z różnych stron okupowanej Polski. To oni mieli stanowić główną siłę roboczą na tych budowach.
Obóz pracy, do którego zostałam przydzielona na początku 1941 roku, znajdował się w Raduniu. Zdecydowaną większość więźniów stanowili ludzie, którzy wcześniej byli zgrupowani w innych obozach pracy, szczególnie w Potulicach. Oprócz mnie trafiło do niego jeszcze kilka innych młodych miejscowych kobiet. Pozwolono nam spędzać noce w naszych domach. Nie wiem dlaczego Niemcy podjęli taką decyzję, ale dla nas była ona niezwykle korzystna.
Pamiętam, że w 1941 roku pracowaliśmy przez długie miesiące, od wczesnego rana do zachodu słońca, przy zbieraniu, transporcie i łupaniu kamieni. Była to niezwykle wyczerpująca praca. Nie było mowy o jakimkolwiek pozorowaniu pracy, bo obok nas stali niemieccy żołnierze zawsze gotowi do wymierzania kary tym, którzy w ich odczuciu, pracowali niezbyt efektywnie. Miejscowe dziewczyny miały jednak o niebo lepiej od tych kobiet, które były zakwaterowane w barakach obozowych, bo wieczorami wracały do swoich, gdzie mogły posilić się do syta. Te drugie były w znacznie gorszej sytuacji, bo były skazane na głodowe racje żywnościowe i zimno panujące w barakach w okresie zimowym. Często z tego powodu te kobiety chorowały.
Po wstępnych pracach z roku 1941 i pierwszych miesięcy 1942 roku, kiedy to zajmowaliśmy się obróbką kamieni, budową dróg, a także układaniem podkładów i montażem szyn kolejki wąskotorowej na przyszłym placu budowy, Niemcy, wykorzystując nas jako siłę niewolniczą, przystąpili do budowy domków mieszkalnych dla kadry wojskowej w tym miejscu, gdzie obecnie znajduje się Raduń – Osiedle. Praca na tym placu budowy była również bardzo ciężka. Musiałam razem z innymi kobietami przenosić cegły, nosić worki z cementem i wapnem, pchać taczki wyładowane żwirem i betonem nie tylko po płaskim terenie, ale także po pochylniach w górę, wyciągać na linach na poziom sufitu okropnie ciężkie wiadra z zaprawą betonową i wapienną. Wieczorami padaliśmy dosłownie z nóg, a nasze ręce i nogi były często pokaleczone. Miałam wówczas tylko około dwadzieścia lat. Zamiast uczyć się, bawić i poznawać świat, byłam zmuszona pod groźbą utraty życia prowadzić przez kilka lat szarą i strasznie trudną egzystencję. Zdaje mi się, że dzisiejsze panny nie są w stanie wyobrazić sobie tego, co nam przypadło wtedy w udziale. Żywię jednak głęboką nadzieję, że już nigdy młode pokolenia nie doświadczą takiego losu, jaki zgotowano mnie i moim rówieśnikom.
Niezwykle wyczerpująca praca nie była jednak największym złem, jakie nas dopadło. Najgorsze było to, że niektórzy esesmani byli strasznymi okrutnikami. Więźniów bito i karcono często i pod byle pretekstem. Kobiety zgrupowane w barakach były niedożywione, ledwie powłóczyły nogami z powodu głodu i wycieńczenia spowodowanego okropną harówką. Było kilku takich esesmanów, którzy w sposób szczególny pastwili się nad najsłabszymi kobietami. Jednym z nich był pochodzący z Gdańska Hoffmann. Upatrzył sobie panią, która przed wojną mieszkała w Świeciu. Przywieziono ją z Potulic i zdaje mi się, że była matką kilkorga dzieci. Jak ta kobieta chciała żyć! Modliła się bezustannie o to, aby przeżyć wojnę i znów spotkać się ze swoją rodziną. Kiedy widziałam ją wychudzoną okropnie i słaniającą się na nogach, powiedziałam sobie w duchu, że będę przynosić jej z domu jedzenie. Chciałam ją za wszelką cenę uratować. Za taki czyn groziła mi oczywiście śmierć. Zdawałam sobie z tego sprawę. Przez kilka dni przekazywałam jej potajemnie chleb i inną żywność. W końcu jednak esesman Hoffmann dostrzegł to, wpadł w szał, najpierw wrzeszczał jak opętany na tę nieszczęsną kobietę, zagroził, że wyśle ją do najgorszego obozu, potem rozkazał przerwać pracę, ustawił mnie przed współwięźniarkami, odbezpieczył broń i gotował się do oddania strzału w moją stronę. Nie wiem, co w tym momencie we mnie wstąpiło, przestałam się bać, zaczęłam krzyczeć po polsku, że nie pozwolę na to, aby taki bydlak znęcał się nad nami, Polakami, żeby nas bił i poniżał. Byłam gotowa na śmierć. Pomyślałam sobie, że jeżeli muszę umrzeć, to najpierw wykrzyczę jemu i innym podobnym do niego całą prawdę o nich samych. Przed najgorszym uratowała mnie jedna z moich koleżanek ze wsi, pracująca ze mną w tym samym kommandzie. Wiedziałam już wcześniej, że spotykała się z tym esesmanem. Takie to było wówczas życie. Dzisiaj trudno to zrozumieć, że ofiara mogła być kochanką kata, ale wtedy, w tym szczególnie trudnym czasie, zdarzały się różne niepojęte rzeczy. Podeszła do niego, ujęła go pod rękę, szepnęła mu coś do ucha i odeszła z nim gdzieś na bok. Esesman potem uspokoił się i już nigdy nie zwracał na mnie uwagi, albo tylko tak udawał. Pozostało dla mnie na zawsze tajemnicą jakiego argumentu użyła ta dziewczyna, aby uratować mi życie.
Do pracy w Dziemianach byliśmy dowożeni z Radunia przeważnie ciężarówkami, ale zdarzało się, że jechaliśmy tam również na furmankach, oczywiście z obstawą niemieckich żołnierzy. Tam, na bocznicy kolejowej czekały na nas wagony wyładowane tłuczniem, żwirem, cementem, wapnem, cegłą, stalą zbrojeniową. Przeładowywaliśmy te ładunki na samochody, bądź na furmanki, które potem transportowano na place budowy mieszczące się w Dziemianach; niekiedy jechaliśmy z nimi do Radunia.
Odnosiłam wrażenie, że tereny w Dziemianach wokół stacji kolejowej, a może nawet te bardziej odległe od niej, były chronione ze znacznie większą uwagą przez oddziały wartownicze SS i żandarmerii, niż teren budowy w Raduniu. Kiedy dojeżdżaliśmy na dworzec kolejowy, byliśmy skrupulatnie sprawdzani przez wartownika. Jeszcze bardziej drobiazgowej kontroli byliśmy poddawani przy wjeździe na teren przylegający do ogrodzonego drutem kolczastym obozu, który mieścił się tam, gdzie obecnie znajduje się restauracja „Stolem” i otaczające ją budynki mieszkalne. Nigdy nie wpuszczono nas na teren tego obozu, jednakże przywożone materiały budowlane rozładowywaliśmy bardzo blisko ogrodzenia, więc kto chciał, mógł rzucić okiem na to, co znajdowało się wewnątrz tego tajemniczego obiektu. Stały tam baraki, ponad którymi wzbijało się kilka wieżyczek obserwacyjnych z ustawionymi na nich reflektorami. Na placu, przy ogrodzeniu i między barakami było bardzo dużo ludzi. Wielu z nich widząc nas, zwracało się w naszą stronę, prosząc o cokolwiek do jedzenia. Od naszych wartowników dowiedzieliśmy się, że byli to jeńcy angielscy, holenderscy i rosyjscy. Nie pamiętam dokładnie, ale zdaje mi się, że nad jeziorem było kilka obozów. W jednym z nich były na pewno więzione kobiety narodowości żydowskiej. Przypominam sobie, że chodziły w pasiakach, były wynędzniałe i bardzo smutne. Jakże nam było ich żal! Dochodziły do nas głosy, że wiele tych kobiet umiera z głodu, chorób i od esesmańskich kul.
Kilka miesięcy przed moim wywiezieniem do obozu pracy w Studzienicach, do którego doszło późną jesienią 1944 roku, zaczęła docierać do nas informacja, że jakaś grupa niemieckich lekarzy prowadzi w Dziemianach tajemnicze badania lekarskie, których celem miało być stworzenie nowej istoty ludzkiej, podobno jakiegoś nadczłowieka. Nie chcieliśmy w to wierzyć, bo wydawało się to nam zbyt nieprawdopodobne.
W obozie pracy w Studzienicach spędziłam kilka miesięcy. Kiedy Niemcy w marcu 1945 roku opuścili w pośpiechu tę miejscowość, nie mogliśmy uwierzyć, że czas okupacyjnej udręki dobiegł końca. Poczuliśmy wielką ulgę i radość z tego, że znów jesteśmy wolni.
Po wielu latach podjęłam starania o wypłatę dla mnie odszkodowania za okres pobytu w niemieckiej niewoli z Fundacji Polsko – Niemieckie Pojednanie. Byłam w pełni przekonana, że takie mi się należy, bo przecież w czasie okupacji zatrudniano mnie przez cztery i pół roku jako niewolniczego i przymusowego robotnika. Jakież było moje zdziwienie, gdy otrzymałam odpowiedź, że takie przypadki, jak mój nie są objęte zakresem pomocy udzielanej przez Fundację. Jest to niezwykle bolesne, tym bardziej, że niektórzy pracownicy tej Fundacji, wypłacający sami sobie niemałe uposażenia i nagradzający się wielkimi premiami, zdecydowali o tym, aby mnie i wielu innym ludziom, którzy przeżyli koszmar okupacji, nie udzielić najmniejszej nawet rekompensaty pieniężnej.
To, o czym powyżej wspomniałam, to taka drobna dygresja. Najważniejsze było jednak to, że dane było mi przeżyć koszmar okupacji, cieszyć się potem wolnością i założyć rodzinę. To, że dożyłam tak sędziwego wieku, jest być może rekompensatą Opatrzności za te kilka lat, które straciłam w czasie mojej młodości.
Opracował Czesław Kierzk
na podstawie wspomnień swojej matki, Zofii Kierzk


